RSS
poniedziałek, 25 sierpnia 2014
pani m. na progu starości

Coś mi normalnie dziś w głowie się przestawiło. Stałam w kuchni robiłam kanapkę i normalnie pyk, w sekundę poczułam starość. Według kryteriów, nie wiem jakich - obiektywno-biologicznych, (czy społecznych, to już bym się zastanawiała), do tej starości mi jeszcze kupę brakuje. Ale co z tego jak mam poczucie generalnego sypania się i bilansu, który jest już na minus. Od jakiego czasu już mi się takie symptomy zbierały, ale jakoś to mało inwazyjne było. Zmarszczki były? no były, ale jakoś nawet je lubiłam. Siwe włosy były? no były, ze dwa a co do ich faktycznego istnienia były spory. Celluility, rozstępy i te inne rzeczy były? No były, ale od dziewczęcości więc się przyzwyczaiłam. Cynizm życiowy był? No był ale i buntu nie brakowało więc s równoważyło. I tak jakoś ta starość kroczyła. Sprawy nabrały tempa późną jesienią roku zeszłego, kiedy musiałam dać sobie z powodów medycznych pociąć brzuch. Zdrowie owszem mi wróciło, ale rekonwalescencja zostawiła mnie z 14 dodatkowymi kilogramami, więcej się mnie zrobiło to i więcej powierzchni do oglądania oznak starzenia. Pozostała po tym wszystkim jeszcze blizna, która wcale z czasem nie ładnieje, wręcz przeciwnie, się zdeformowała i wygląda jak coś na kształt skwaszonego grymasu, z tym że nie na twarzy, a na brzuchu. Ale to  też jakoś funkcjonowało, w końcu przez większość czasu sama jestem skwaszona, to czemu bliznę mam mieć nieskwaszoną nagle? No a w zeszłym tygodniu starzenie się nabrało prędkości światła. Otóż przy śniadaniu, wcale nie takim twardym specjalnie złamał mi się ząb, oznaczony dumnie cyferką „4”, pękł i połowa z niego musiała zostać usunięta. Przeżyjemy i to, ząb został naprawiony, dobudowano mu brakującą część.  Wystarczyły jednak dwa dni żeby nowa połowa starego zęba wypadła, co doprowadziło do dnia dzisiejszego, kiedy starość oficjalne mnie opanowała. Poszłam do dentysty i zostało mi dobudowane te nieszczęsne pół zęba na bogato, bo na srebrno. Zorientowałam się w domu dopiero, rozwiązanie jeżeli dobrze zrozumiałam jest tymczasowe, ale jakoś ten srebrny ząb, który kojarzy mi się z czasami słusznie minionymi kompletnie mnie wyprowadził z równowagi. Po całym dniu, który już w pracy balansował na granicy mojej tolerancji dla wszechrzeczy, srebrny ząb okazał się być katalizatorem dla powodzi ogólnej niechęci, zwłaszcza do siebie samej.

Stałam w kuchni robiąc sobie kanapkę i w pewnym momencie w ciągu jednej dosłownie sekundy stałam się stara. Tak jak stałam, nagle te zmarszczki zrobiły mi się głębokie te siwe włosy wyjrzały spod farby którą wcześniej je dokładnie pokryto, cellulity, rozstępy, zbędne kilogramy zaczęły wypełzywać spod ciuchów, blizna jeszcze bardziej się wykrzywiła w kwaśnym uśmieszku, gdyby mogła  zaświeciłaby tym srebrnym zębem. Jakoś dopadła mnie świadomość że lepiej już nie będzie, każdy miesiąc będzie dodawał jakąś paskudę a ja przefurgałam złote czasy. Żeby nie było, to  nie tylko o wygląd, choć to łatwiejsze do zdefiniowania, chodzi tylko tak generalnie o wszystko. O całą wielką ogólną życiową starość. O egzystencjalne bóle i rozterki, które już jakoś nie poddają się standardowemu machaniu na nie ręka, o decyzje co to odkładane na później teraz nie mogą już być podjęte, o całe mnóstwo niezrobionych rzeczy, o możliwości, o wszystko to co było kiedyś oczywiste teraz wymaga wysiłku.  Czas to jednak poczucie względne, dziś w ciągu sekundy się postarzałam o wszystkie te lata które za mną i pewnie na zapas na kilka do przodu też.



21:28, m_kropka_m
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 05 maja 2014
babcia cyfrowa

Przeżyłam dziś szok, z początku myślałam że kulturowy, ale raczej jest to chyba szok upływającego czasu. Otóż siedzę sobie sama w domu na krańcu galaktyki, żeby samotność mi nie dokuczała zbytnio, w tlę rzęzi sobie telewizor. Ja natomiast oddaję się wysoce intelektualnej rozrywce jaką stanowi zapierniczanie w grę na komórce, przepraszam, teraz to się nazywa smartphone. I tak ja sobie pykam, telewizor rzęzi, jakiś idzie reportażyk sentymentalno – przeszłościowy o ludziach co grzebią na pustyni żeby odszukać jakieś oszałamiające ilości wyjątkowo nieudanej gry komputerowej którą ktoś kiedyś zakopał, bo się nie udała. Reporter z off’u coś tam smędzi słodko-gorzko, publika, w tym pani m. słuchając jednym uchem się wzrusza, na zasadach „ ach kiedy to było, łezka w oku uśmiech pod nosem….” A tu nagle na koniec reportażu wypowiada się jakieś dziecko, (wieku nie ocenię, bo po pierwsze nie patrzyłam, a poza tym nawet gdybym patrzyła , to i tak bym nie umiała określić), że o takich grach to mama tata i babcie opowiadały, że jedna była na kilka osób. I tu osłupiałam. smartphone, (przez który czuję się młoda,  a jak napierniczam w grę typu „dopasuj trzy” do których mam wyjątkową słabość, to nawet jak dziecko się czuję) wypadł mi z ręki bo ja czasy tych gier pamiętam ze swojego dzieciństwa, nawet to takie rozrzewniające są wspomnienia, jak się chodziło na palcach wokół magnetofonu przez pół godziny, żeby nie zerwało się wgrywanie river ride na Atari, ale na to, że dzieciom już babcie takie rzec opowiadają, to ja gotowa nie jestem. Matematycznie mi to w ząb nie pasuje, żebym mogła być babcią, jeżeli już to najpierw musiałabym być koszmarnie głupią matką jeszcze głupszego dziecka, ale okazuje się że technologicznie to już bym mogła taka babcią być. Babcią pokolenia Atari. No i znowu będę przeżywać kryzys wieku średniego. Ja już się przyzwyczaiłam do zmarszczek, nawet do tej wielkiej na czole. Nawet te dwa siwe włosy co je gdzieś w panice wyszukałam przestały mnie drażnić. Ale mentalnie na to żeby moje wspomnienia z dzieciństwa były wspomnieniami czyjejś babci, to ja jestem nieprzygotowana. Ja się staram, korzystam z tej całej machiny nowoczesności, z umiarem, bo z umiarem, ale cyfrowo wykluczona to nie jestem, a tu nagle się okazuje że jestem cyfrową babcią. W realu nawet matką jeszcze nie zostałam, a wirtualnie jestem już babcią.



19:49, m_kropka_m
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Przez całe święta trzyma mnie jakiś atak szczęśliwości. Niespotykany od dawna, którego nie jest w stanie póki co zaburzyć nawet wizja zbliżającej się podróży geograficznie do Włoch, mentalnie może do krainy służbowego absurdu. Jutro pewnie się to zmieni, ale póki co i tak przez całe święta oddawałam się:

- chichraniu przez cały czas i nie-wiadomo-czemu

- zapewnianiu mojego prywatnego męża o dozgonnej i niekończącej się miłości

- z powyższego wynika również mnóstwo czułości, biedak tyle przez całe małżeństwo chyba nie doświadczył

Taka pani m. w wersji dodatniej. Dziwnie się z tym czuję trochę, od jutra się poprawię  znajdę coś na co będę mogła pomarudzić.

19:44, m_kropka_m
Link Dodaj komentarz »
środa, 16 kwietnia 2014
in italiano

Zaszczyt kopnął mnie wielki, bowiem towarzyszyć mam super ważnej wycieczce służbowej co to mój pracodawca drogi ją wymyślił do Włoch. Powodem dla którego owego zaszczytu dostąpię jest moja nikła i z przeszłości ale jednak umiejętność mówienia po włosku. Okazuje się, że umiejętność taka, przekłada się również na: zorganizowanie całej wycieczki (bo to przecież po włosku sie np autokar polski wynajmuje) i usługiwania ważnym i poważnym oficjelom w czasie całości przedsięwzięcia (bo to po włosku pełnić będę rolę dziwacznej hybrydy między pilotem i służbą). No i tak jakoś myśl mnie olśniła, że będę miała 30 rozmarudzonych ludzi na głowie, więc raczej ta głowa mi służyć nie będzie do zastanawiania się co jak powiedzieć, uzupełniać rekami i innymi mowami obcymi już lepiej mi znanymi, przy ważnych oficjelach mi nie będzie wypadało, podsumowując: wyszło mi że trzeba się w tym włoskim podszkolić. Strategia (po włosku to będzie la strategia) jest prosta: postanowiłam oglądać telewizję włoską. Dzięki dobrodziejstwu nowoczesnej technologii czyli przekazowi satelitarnemu, antenie i takiej czarnej skrzynce koło telewizora strategię swoją od wczoraj dzielnie wprowadzam w życie. Okazuje się, iż czarna skrzyneczka zapewnia mi aż sześć włoskojęzycznych kanałów: rai od uno do tre, rai o wyjątkowo włosko brzmiącej nazwie  news, rai storia i rai scuola, czyli odpowiednio historia i szkoła. Kiedy dokonałam tego odkrycia, wychwaliłam czarną skrzyneczkę pod niebiosa, bo byłam przekonana że będzie dostępne tylko rai uno, o którym zdanie od dawna mam ustanowione że jest telewizją której nie da się oglądać. I tak zaczęłam moją nową przygodę po włosku. Myślałam że to nasza telvizione jest straszna. Byłam w błędzie, ta włoska to jest dopiero tragedia grandissima. Raiuno, niezawodne jak zawsze, emituje jak zwykle nieważne co, ale koniecznie prowadzone przez blondynę z wielkimi ustami i wielkimi - przepraszam za wyrażenie, ale inne na prawdę nie pasują - cycami. Zmiana jest taka ze czasem blondynie dołożą kurdupla do pary, zmiana właściwie nie polega na samej obecności kurdupla, tylko na tym że po pierwsze: wolno mu się odezwać, po drugie: wolno mu się z godnością starzeć i może być siwy nie trzeba mu głowy pokrywać czarną farbą. Raidue okazało się nie być raidue, tylko rai sportem (czarna skrzynka mnie okłamała). Tu kurduple występują zza kadru jako komentatorzy (zakładam że kurduple, bo Włosi to zawsze kurduple), cycatki natomiast pokazywane między relacjami sportowymi, mają na tym kanale czarne włosy. Rai news nawet dałoby się znieść, ale mówią na nim tak szybko, że zamiast nabierać pewności siebie w kwestiach lingwistycznych nabieram kompleksów. Rai storia wyświetla dokumenty o tematyce głównie sakralnej, występują w nich rozliczni proffessori, obowiązkowo łysi albo długowłoso-łysi i obowiązkowo w czerwonym, fantazyjnie zawiązanym szaliku. To bym jeszcze zniosła, gdyby nie fakt monstrualnego zadęcia. Filmy, nie dość że nudne, to jeszcze opatrzone są tak napuszonym komentarzem, że z pewnością tego typu język mi się nie przyda.  Raiscuola -  nie mogę się wypowiedzieć, bo jakieś dzieci gadają tam slangiem i nie rozumiem kompletnie nic. Zostało raitre, chyba taki kanał lifestylowy czy jak to się zwie. Prowadzące mieszczą się jako tako w swoje obcisłe sweterki, włosy mają ciemny blond z akcentem intelektualnego brązu. No i tak się zaprzyjaźniam z raitre, w ramach moich lekcji dziś obejrzałam godzinny program o wypiekaniu chlebów wielkanocnych, jest ich milion rodzajów, wszystkie są dokładnie takie same, tylko mają inne kształty i czasem dodaje się cukier a czasem jakieś na słono przyprawy. I zawsze jajko na twardo, takie całe jako co się upycha w cieście na chleb i jak już się chleb upiecze, to owo jajko w chlebie dumnie tkwi. W całej tej dzisiejszej lekcji odnalazł się mój prywatny maż, który jajka na twardo uwielbia chyba bardziej niż mnie nawet i pewnie by już do tych Włoch emigrował tylko ze względu na te chleby z całym jajkiem w środku. Zatem, celem ratowania małżeństwa, powiedzieć należy basta, i zakończyć lekcję na dziś.

 



18:40, m_kropka_m
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 14 kwietnia 2014
pani m. w strefie cardio i w strefie dużych obciążeń

Jeszcze nie zdążyłam się pochwalić, ale 13 kilo temu rzuciłam palenie. Samego rzucania palenia, wspartego współczesną  farmakologią, nie bardzo pamiętam, bo było to traumatyczne przeżycie, więc je wyparłam. Potem nastąpiła trwająca miesiącami, nie dająca się opanować, podstępna i zabójcza gastrofaza. I tak jakoś nagle z drobnej zazwyczaj, żeby nie powiedzieć chudej na granicy standardowego pojęcia estetyki kostuszki , nabrałam kobiecych kształtów, co dość mnie ucieszyło. Okazało się jednak, że to tylko faza przejściowa i po pewnym czasie moje ciało zaczęło żyć własnym życiem. Rozlazło się niczym ameba, rozciągnęło w miejscach w których nie podejrzewałam że może się rozciągnąć, wypełniło zaskakująco miękką, luźną i galaretowatą  substancją, zaczęło się wylewać wszystkimi otworami z ubrań i coraz głośniej dopraszać się o jakieś działanie z mojej strony.

Ja oczywiście, poza marudzeniem, nie zrobiłam nic, zajęła się tym nieposkromiona w dbaniu o mnie pani b., która postanowiła: „masa jest, teraz rzeźba” , mękoliła, jękoliła, parę dobrych miesięcy kusiła różnymi formami aktywności fizycznej, aż w końcu w ubiegłym tygodniu wreszcie niezrażona moimi wykrętami, w końcu tak przyparła mnie do muru, ze musiałam już udać się na ćwiczenia na siłowni.

Był kiedyś taki czas, że udawałam się do tego przybytku regularnie (oczywiście również za sprawą pani b.), ale to było okropnie dawno temu i bardzo dużo na takiej siłowni się zmieniło. Po pierwsze to już w ogóle nie są żadne siłownie tylko kluby fitness i wellness. A jak coś się nazywa klubem fitness i welness to już inna kultura musi być. Nie można mieć jakichś starych dresików, albo geterków w co naiwnie wierzyłam. Należy mieć strój stosowny, odpowiadający stopniowi wytrenowania. Zasadniczo im mniejszy tym luźniej i w sposób bardziej zabudowany należy go skomponować, potem, jak rzeźba się pojawia, to się robi skąpo i obciślej. Sama konstrukcja klubu to już też nie to co kiedyś. Dawniej po prostu stały te machiny i tyle. Teraz oczywiście są strefy: cardio i dużych obciążeń, w obydwu chodzi o to żeby się zamęczyć na śmierć tylko w pierwszej szybko w drugiej powoli. I na sam koniec w dawnych czasach to człowiek hasał samopas po takiej siłowni, w klubie już tak dobrze nie ma. Płatając się bezczynnie narażasz się na nieustające pytania ze strony bandy instruktorów, których chyba jest więcej niż ćwiczących. Ciągle chcą pomagać, korygować, tłumaczyć, nawet poobijać się nie można.  Tłumaczą  o tych wszystkich fazach, zakwaszeniach,  brzmią jakby to machanie rękami i nogami jakieś faktycznie poważne było.  Strasznie to krępujące, jedyna dobra strona w tym wszystkim jest taka, że można takiemu jednemu z drugim kazać pokazywać ćwiczenia na pupę, a oni bez zająknięcia je pokazują… Tak ślicznie pokazują, w trzech seriach po piętnaście powtórzeń…



18:28, m_kropka_m
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 07 kwietnia 2014

Pewnie to i będzie prostacka, mało odkrywcza parafraza popularnego ludowego przysłowia ale jak trwoga to do bloga, i tak ponieważ ostatnio rozmarudzona jestem w sposób nawet jak na mnie przesadny pomyślałam że wrócę do tradycji autoterapii blogowej. Patrzę sobie a tu już dwa lata przerwy się zrobiło... Przygotowałam się do dokonania wpisu ważkiego i  głębokiego, ale po całej tej kołomyi z przypinaniem sobie loginu potem odzyskiwaniem hasła,  ochota na poważność i jękliwość mi przeszła.

No i co by tu teraz, po tak długiej przerwie mam poczucie że coś wzniosłego by warto, że jakieś przemyślenia trzeba, że jakoś historię trzeba opowiedzieć zgrabnie tych dwóch lat co przeciekły przez paluchy i w ogóle i w szczególe. A jedno co mi chodzi po głowie to opowieść o tym, jak dziś w pracy mojej cudnej i ważnej się udałam na wizję lokalną. Jedno bowiem co się przez dwa ostanie lata nie zmieniło, to praca której wykonywaniem los mnie obdarzył, a ja mimo obietnic składanych sobie właściwie dnia każdego, wciąż w tej pracy tkwię i tkwię. Rozpoczęłam dziś już drugi tydzień występowania „wz” i „z up” miłościwe mi panującej kierowniczki, którą dopadła influenza, czy to jej czy potomstwa, nie jestem już pewna bo jakoś się gubię w sytuacji. A ponieważ w planach na czas najbliższych czeka nas wyzwanie wielkie w postaci imprezy promocyjnej, czy żeby było nowocześniej „eventu”, no to odbyła się dziś wizja In situ, aby szczegóły wszelakie ustalić. Sprawa była poważna zatem w wizji uczestniczyłam podwójnie  - po pierwsze „wz” po drugie jako ja sama, pani m., gdyż w zaszczycie wielkim jestem prowadzenia całości ów eventu. Poza mną i mną w wizji uczestniczyła jeszcze koleżanka moja koordynatorka całości, bardzo ważny dyrektor, który też występował w dwóch osobach bo w zastępstwie super ważnego prezesa oraz w swojej ważnej osobie, drugi koordynator z ramienia innego działu (takiego co to podlega super ważnemu dyrektorowi) wraz z dwoma jakby to nazwać podkoordynatorami, chłopak który wszystkich nakarmi (również w randze dyrektora, ale nie tak ważnego), chłopak co całość nagłośni i oświetli, oraz dwóch chłopaków do roboty. Matematykiem to ja nigdy nie byłam ale pokuszę się o podsumowanie następujące: było siedem osób, z czego dwie w dwóch osobach co razem daje dziewięć oraz trzy osoby, które miały spełniać zachcianki. Cała ta drużyna A, Avengersi, czy nie wiem jakich jeszcze porównań mogłabym użyć  ustaliła co następuje:

- przeprowadzono symulację wygrodzeń In situ coby goście nam się nie pogubili (nie pogubią się)

- przeprowadzono symulację rozwieszenia chyba siedmiu czy ośmiu tablic: pamiątkowych, kierunkowych do różnych miejsc, między innymi do kibelka oraz zabraniających spożywania wszelakiego (będą wisieć pięknie, dziewięć osób w końcu wrzeszczało gdzie mają wisieć a dwie przeprowadzało symulacje)

- przeprowadzono symulację oświetlenia i stwierdzono że jest źle (dziewięć osób to stwierdziło, jedna poprawi)

- przeprowadzono symulację ustawienia sceny na występ artystyczny (nie udało się  znaleźć miejsca odpowiedniego, postanowiono więc zawezwać artystów co to będą występować i na nich zrzucić ten kłopot)

 - przeprowadzono dyskusję o kiblach – czy mają być otwarte czy zamknięte (postanowiono że najpierw będą zamknięte, potem otwarte, potem znowu zamknięte)

Ufff, wszyscy odetchnęli z ulgą, tyle ważkich tematów rozstrzygnięto, ja we własnej osobie i na własny użytek przeprowadziłam symulację chodzenia na obcasach między wszystkimi miejscami w jakich odbędzie się event, powinnam dać radę (choć podobno za głośno to robię), ja występująca „w z” przeprowadziłam symulację bycia poważną, tu już gorsze wyniki, ale jeszcze nad tym popracuję i będę mądrze i poważnie uczestniczyć w tego typu absurdach jak ten dzisiejszy.



20:14, m_kropka_m
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 30 kwietnia 2012
maszyna do robienia wstydu

Dawno nie pisałam, ale nie będę się tłumaczyć bo mam prawdziwą traumę do opisania.

Zanim do traumy musi być wstęp. Otóż (za co dziękować należy Panu Tacie) obdarzona jestem genem nie-bolenia-zębowego, nic mnie nie rusza i dopiero jak w jamie ustnej rozwinie się coś, co innych doprowadziłoby do śmierci z bólu ja czuję lekkie swędzenie i dyskomfort. To w połączeniu z wrodzonym lenistwem i brakiem myślenia w kategoriach profilaktyki zdrowotnej doprowadza moje uzębienie do stanu, o którym lepiej nie pisać. Dowód zjawił się ostatnio, kiedy to ot tak z zęba wypadła mi plomba. Tak po prostu myk i już jej nie ma. Zamiast jakoś spoistej całości nagle zrobiła się określając to kategoriami konserwatorskimi trwała ruina. Boleć nie bolało więc umówienie się do dentysty trochę czasu zajęło, oczywiście całość zorganizował mój prywatny mąż i tak dziś udałam się do dentysty.

Podczas mojego niedbania o uzębienie gabinet do którego zwykłam chodzić mocno się rozwinął, pojawiły się nowe zasoby ludzkie oraz sprzętowe. Zasób ludzki który mnie przyjmował był uprzejmym i nad wyraz opisującym wszystkie wykonywane czynności młodym mężczyzną, a do zasobów sprzętowych zaraz przejdziemy. Kiedy czekaliśmy aż znieczulenie zacznie działać (to dla mnie nowość, bo z moim genem nigdy nie było to potrzebne) pan doktor dokonał badania innych zębów, które we mnie nie wzbudziły niepokoju. I tu wkracza maszyna do robienia wstydu. Otóż poza komentarzem słownym o wszystkich niedoskonałościach moich zębów pan doktor używając kamery bardzo dokładnie mi wszystko to pokazywał. Kiedy oglądałam ząb po zębie te moje ubytki, atakowane próchnicą ósemki, dziewiątki, dziesiątki, nie mogłam się oprzeć pewnemu skojarzeniu: jedna z moich ulubionych scen filmowych to fragment świętego graala monty pythona, gdzie wieśniacy dyskutują z królem arturem o demokracji i komunie, prawach do głosowania i zbieraniu gnoju. Pamiętacie ich zęby? To więcej pisać nie muszę. Jak taka ósemka, taka niepotrzebna, taka daleka i taka bezsensowna może być aż tak straszna? Może właśnie, co mi pan doktor dziś pokazał. Wstydu najadłam się (o ironio) jak dawno, marzyłam tylko o tym, żeby fotel zapadł się pod ziemię głęboko i żebym już nigdy nie musiała oglądać siebie w dentystycznym monty pythonie. Potem pan doktor zapowiedział że dwie z czterech ósemek musi mi wyrwać do rosnąc krzywo i nie tam gdzie trzeba zupełnie do niczego poza utrudnianiem życia się nie nadają. Potem już jedynie wiercił, poszerzał kanały, wstępnie opracowywał (cokolwiek by to nie znaczyło) i marudził że reaguje na znieczulenie inaczej niż normalni ludzie oraz zwracał uwagę żebym otwierała szerzej, bo nie mieści mu się instrument, ale to już - powiem prostacko - z zupełnie innym filmem może się kojarzyć.

21:36, m_kropka_m
Link Dodaj komentarz »
środa, 04 stycznia 2012
abonent widmo

Ogólnie to ja się nie nadaję. Całe popołudnie zmitrężyłam na usilnych próbach przedłużenia umowy o świadczenie usług telekomunikacyjnych w jednej z sieci komórkowych. Samo jeszcze przedłużanie nie byłoby takie trudne, gdyby nie zaniedbania z przeszłości i tak oto telefon owszem zamówiłam deklarując się w kwestii zapłaty złotych trzech, ale nie wiem czy telefon ten kurier mi wyda, gdyż: umowa moja oryginalna sporządzona była lat temu 9, kiedy jeszcze nazwisko inne nosiłam i adres zameldowania posiadałam inny całkiem.

Skoro już ten telefon nabyłam (chyba, bo potwierdzenie żadne jeszcze nie przyszło), chciałam podjąć trud zmiany wszystkich danych żebym już była panią m. zamieszkałą na krańcu galaktyki a nie panną b. zamieszkałą w metropolii. No i tu zaczęła się mordęga. Otóż do tego potrzebny jest tajno wojenny kod abonencki. Kod abonencki to jest normalnie jakieś głęboko skrywane hasło które daje dostęp do wszystkiego i władzę nad światem. Dlatego jest tak trudno dostępne, że aż w ogóle. Czytając poradnik debila na stronie logowania, odkryłam że kod ów odnajdę na umowie. Uff westchnęłam, nic prostszego. Zaangażowałam mojego prywatnego męża do zawężenia pola moich poszukiwań umowy, co miało nastąpić poprzez wydanie mi z archiwum teczkowego tej właściwej. Tu należy się słów kilka wyjaśnienia w kwestii teczek. Mój prywatny mąż uznaje za jedyną właściwą formę organizacji papierów niezbędnych do życia w teczki właśnie. Dlatego połowę jedynego wśród niewielu naszych mebli regału zajmują teczki, każda z nich opisana skrupulatnie, że nie zawsze zawartość odpowiada opisowi, to już inna kwestia.

Wyselekcjonował mi zatem teczki w których umowa znajdować się mogła:

pani m. dokumenty

pani m. praca (jakby się przypadkiem coś zawieruszyło)

różności (bo tą teczkę trzeba sprawdzać zawsze)

różności 2 (bo tą teczkę trzeba sprawdzać zawsze po sprawdzeniu teczki różności)

oraz teczkę bez opisu, ale rokującą bo z logo sieci komórkowej

Cztery pierwsze poszukiwanej umowy nie zawierały, w ostatniej znajdowało się milion aneksów do rzeczonej umowy, ale samej umowy brak. A kod abonencki zbyt jest tajny, żeby go umieścić na aneksie. Czyli umowy brak, kodu nie ma więc danych zmienić się nie da. Oczywiście zawsze mogłabym iść do punktu obsługi, ale tu też nie mam gwarancji, że coś się uda naprostować, ponieważ nie dysponuję już żadnym dokumentem tożsamości, który stwierdzałby, że kiedyś byłam tą osobą, która pierwotną umowę podpisała i otrzymała kod abonencki. I tak koło się zamyka. Jest sposób na odzyskanie kodu abonenckiego, mogłabym wystosować pismo odpowiednie tylko którym nazwiskiem je podpisać?

No nic, będę mieć nadzieję, że kurier da się namówić  i telefon mi wyda, w ten sposób problem odłożę na kolejne dwa lata. W sumie już dwa razy się udało.

19:49, m_kropka_m
Link Dodaj komentarz »
środa, 19 października 2011

Przeczytałam w życiu sporo chyba książek. Miałam swojego czasu taką misję, żeby przeczytać w ogóle wszystkie, a przynajmniej tak, żeby w każdej książkowej kategorii mieć autora-bohatera i książkę-kształtującą-życie. I tak lubowałam się w literaturze amerykańskiego południa stawiając na ołtarzyku światłość w sierpniu w wielkim zachwycie nad zakurzoną, pogryzioną przez komary (czy moskity) prawdą o Ameryce wg Faulknera. I tak kochałam/potępiałam jednocześnie zgoła inną Amerykę z Wielkiego Gatsbiego, dawałam się zamknąć pod szklanym kloszem myśli samobójczych Sylwii Plath. Przelegiwałam letnie popołudnia nieświadoma jak żyje się z dorosłym pojęciem erotyki gdzieś w miłoszowskiej Dolinie Issy. Latałam mentalnym samolotem do Ameryki Południowej, odnajdując jakieś ponadkulturowe prawdy w Miłości w czasach zagłady. W Europie też się nieźle odnajdywałam znajdując chyba zbyt daleko idące powiązania między Żartem Kundery, Konformistą Moravii i - o zgrozo - własnym życiem. Po kilku podejściach doznawałam ekstazy pod Łukiem Triumfalnym. Podróżując bardziej na wschód obrażałam wszystkich tym, że zamiast kochać Mistrza i Małgorzatę, jakoś bardziej do mnie trafiła Zbrodnia i kara. I tak jak można być poprawnym politycznie, tak ja byłam literaturopoprawna.

I gdzieś przy tej literaturopoprawności zawsze wstyd było się przyznać, że najbardziej w tym wszystkim to tak po prawdzie lubię czytać kryminały. Że nie pójdę spać póki się nie dowiem kto, kiedy i dlaczego. I że równie wielce to przeżywam, jak odkrywanie wielkiej jedności cywilizacyjnej świata w dziełach odległych geograficznie i historycznie autorów. Przydługawa ta wypowiedź jest tylko po to, żeby napisać o tym, jak trzy dni nie robiłam nic innego, jak z wypiekami czytałam "Ziarno prawdy" Zygmunta Miłoszewskiego i zachwyciłam się jak dawno niczym. Po nocach spać nie mogłam póki kryminalna zagadka nie znajdzie rozwiązania, snułam teorie wszelakie, a całe życie moje własne mi się wydawało nierealne, chodzenie do pracy było zbędne, jedzenie marnowało czas, trzeba było tylko rozwiązać zagadkę. Dawno mnie tak książka nie podekscytowała, żeby zorganizować cały mój czas wokół czytania.

I kurcze tego mi było trzeba.

19:49, m_kropka_m
Link Komentarze (2) »
środa, 05 października 2011
wielka wojna z szerszeniami

Z szerszeniami okazuje się sprawa nie jest prosta. Otóż straż pożarna gotowa była nas od nich uratować, pod pewnymi warunkami jednak. Należy zabezpieczyć się w kwestii środków szerszeniobójczych. W pierwszym podejściu poszliśmy na ilość i zakupiliśmy środek w wielkiej butli, największej jaka była. W końcu szerszeń zwierzę duże, na logikę środek do walki też powinien być duży. W czasie konsultacji telefonicznych jednak pan strażak zawyrokował że posiadana butla jest nieskuteczna i należy kupić mniejszą, acz dużo bardziej morderczą. Taka nie była łatwa do kupienia, ale kiedy w końcu się to udało, mój prywatny mąż umówił  ze strażakami termin masowego mordu. Termin oczywiście został skonsultowany z sąsiadem, tym od drogi, bo w końcu strych na którym znajdować się miało domniemane gniazdo stanowi własność sąsiada, a strych trzeba było udostępnić.

Kiedy już cała logistyka została załatwiona, pozostało tylko czekać. I w końcu straż przyjechała, wielkim czerwonym wozem, jakżeby inaczej - na sygnale. Rekonesans strychu wykazał straszliwą prawdę: otóż gniazda na strychu nie ma, skubane szerszenie wybudowały swą twierdzę jak się można spodziewać gdzieś w przestrzeniach tajemnych między strychem a piętrem. Strażacy jednak chłopy dzielne i szerszenie to dla nich nie pierwszyzna, podjęli decyzję coby potraktować latające potwory z miejsca w którym wlatują w czeluści bliżej nieokreślonego w przestrzeni gniazda. Przytargali więc z wozu czerwonego drabinę wielką, co było o tyle zabawnie że robili to w strojach szerszeniobójczych, wyglądając przy tym jak zapaśnicy sumo, z wielkimi napisami straż na plecach. Rozstawianie drabiny też proste nie było, bowiem oparcie jej o rynny mogło zaskutkować mogło zawaleniem się dachu, takie wszystko jest w domu z duszą wiekowe. Po jakichś 15 minutach wykorzystując biegłą znajomość praw fizyki i mechaniki dzielni strażacy rozstawili drabinę bez nadwyrężania starganej czasem rynny. No i nadszedł wreszcie czas na ostateczną rozgrywkę, w związku z czym my wszyscy obserwatorzy zostaliśmy przegonieni z ogrodu do domu. Oczywiście, jak to zwykle bywa kiedy sąsiedzi wpadają do domu, mielismy w nim skrajny bałagan i kiedy syn sąsiadów uganiał się w wesołej (tylko dla niego) zabawie za naszą prywatna kotką miedzy hałdami ubrań, reszta starała się obserwować jak rozwija się sytuacja. Nic nie było widać, więc skończyło się jednym wielkim obgadywaniem sąsiadów, których nawet nie znam i tak to trwało, dopóki nie zawołał nas pan strażak i nie objawił co następuje: szerszenie są nie do ruszenia bez rozbierania dachu. Zadekowały się gdzieś nie wiadomo gdzie, zostały opsikane z odległości, ale to pewnie nic nie da.

I rzeczywiście nic nie dało, latały potwory trochę ogłupiałe do wieczora, dnia następnego sytuacja wróciła do stanu poprzedzającego wizytę strażaków. Dachu rozbierać nie będziemy, i tak nie długo sam się rozpadnie, więc żyć będziemy z szerszeniami póki nie zginą w tragedii budowlanej albo ich nie wymrozi. Ale rozrywka była pierwsza klasa.

12:30, m_kropka_m
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 21