RSS
środa, 04 stycznia 2012
abonent widmo

Ogólnie to ja się nie nadaję. Całe popołudnie zmitrężyłam na usilnych próbach przedłużenia umowy o świadczenie usług telekomunikacyjnych w jednej z sieci komórkowych. Samo jeszcze przedłużanie nie byłoby takie trudne, gdyby nie zaniedbania z przeszłości i tak oto telefon owszem zamówiłam deklarując się w kwestii zapłaty złotych trzech, ale nie wiem czy telefon ten kurier mi wyda, gdyż: umowa moja oryginalna sporządzona była lat temu 9, kiedy jeszcze nazwisko inne nosiłam i adres zameldowania posiadałam inny całkiem.

Skoro już ten telefon nabyłam (chyba, bo potwierdzenie żadne jeszcze nie przyszło), chciałam podjąć trud zmiany wszystkich danych żebym już była panią m. zamieszkałą na krańcu galaktyki a nie panną b. zamieszkałą w metropolii. No i tu zaczęła się mordęga. Otóż do tego potrzebny jest tajno wojenny kod abonencki. Kod abonencki to jest normalnie jakieś głęboko skrywane hasło które daje dostęp do wszystkiego i władzę nad światem. Dlatego jest tak trudno dostępne, że aż w ogóle. Czytając poradnik debila na stronie logowania, odkryłam że kod ów odnajdę na umowie. Uff westchnęłam, nic prostszego. Zaangażowałam mojego prywatnego męża do zawężenia pola moich poszukiwań umowy, co miało nastąpić poprzez wydanie mi z archiwum teczkowego tej właściwej. Tu należy się słów kilka wyjaśnienia w kwestii teczek. Mój prywatny mąż uznaje za jedyną właściwą formę organizacji papierów niezbędnych do życia w teczki właśnie. Dlatego połowę jedynego wśród niewielu naszych mebli regału zajmują teczki, każda z nich opisana skrupulatnie, że nie zawsze zawartość odpowiada opisowi, to już inna kwestia.

Wyselekcjonował mi zatem teczki w których umowa znajdować się mogła:

pani m. dokumenty

pani m. praca (jakby się przypadkiem coś zawieruszyło)

różności (bo tą teczkę trzeba sprawdzać zawsze)

różności 2 (bo tą teczkę trzeba sprawdzać zawsze po sprawdzeniu teczki różności)

oraz teczkę bez opisu, ale rokującą bo z logo sieci komórkowej

Cztery pierwsze poszukiwanej umowy nie zawierały, w ostatniej znajdowało się milion aneksów do rzeczonej umowy, ale samej umowy brak. A kod abonencki zbyt jest tajny, żeby go umieścić na aneksie. Czyli umowy brak, kodu nie ma więc danych zmienić się nie da. Oczywiście zawsze mogłabym iść do punktu obsługi, ale tu też nie mam gwarancji, że coś się uda naprostować, ponieważ nie dysponuję już żadnym dokumentem tożsamości, który stwierdzałby, że kiedyś byłam tą osobą, która pierwotną umowę podpisała i otrzymała kod abonencki. I tak koło się zamyka. Jest sposób na odzyskanie kodu abonenckiego, mogłabym wystosować pismo odpowiednie tylko którym nazwiskiem je podpisać?

No nic, będę mieć nadzieję, że kurier da się namówić  i telefon mi wyda, w ten sposób problem odłożę na kolejne dwa lata. W sumie już dwa razy się udało.

19:49, m_kropka_m
Link Dodaj komentarz »
środa, 19 października 2011

Przeczytałam w życiu sporo chyba książek. Miałam swojego czasu taką misję, żeby przeczytać w ogóle wszystkie, a przynajmniej tak, żeby w każdej książkowej kategorii mieć autora-bohatera i książkę-kształtującą-życie. I tak lubowałam się w literaturze amerykańskiego południa stawiając na ołtarzyku światłość w sierpniu w wielkim zachwycie nad zakurzoną, pogryzioną przez komary (czy moskity) prawdą o Ameryce wg Faulknera. I tak kochałam/potępiałam jednocześnie zgoła inną Amerykę z Wielkiego Gatsbiego, dawałam się zamknąć pod szklanym kloszem myśli samobójczych Sylwii Plath. Przelegiwałam letnie popołudnia nieświadoma jak żyje się z dorosłym pojęciem erotyki gdzieś w miłoszowskiej Dolinie Issy. Latałam mentalnym samolotem do Ameryki Południowej, odnajdując jakieś ponadkulturowe prawdy w Miłości w czasach zagłady. W Europie też się nieźle odnajdywałam znajdując chyba zbyt daleko idące powiązania między Żartem Kundery, Konformistą Moravii i - o zgrozo - własnym życiem. Po kilku podejściach doznawałam ekstazy pod Łukiem Triumfalnym. Podróżując bardziej na wschód obrażałam wszystkich tym, że zamiast kochać Mistrza i Małgorzatę, jakoś bardziej do mnie trafiła Zbrodnia i kara. I tak jak można być poprawnym politycznie, tak ja byłam literaturopoprawna.

I gdzieś przy tej literaturopoprawności zawsze wstyd było się przyznać, że najbardziej w tym wszystkim to tak po prawdzie lubię czytać kryminały. Że nie pójdę spać póki się nie dowiem kto, kiedy i dlaczego. I że równie wielce to przeżywam, jak odkrywanie wielkiej jedności cywilizacyjnej świata w dziełach odległych geograficznie i historycznie autorów. Przydługawa ta wypowiedź jest tylko po to, żeby napisać o tym, jak trzy dni nie robiłam nic innego, jak z wypiekami czytałam "Ziarno prawdy" Zygmunta Miłoszewskiego i zachwyciłam się jak dawno niczym. Po nocach spać nie mogłam póki kryminalna zagadka nie znajdzie rozwiązania, snułam teorie wszelakie, a całe życie moje własne mi się wydawało nierealne, chodzenie do pracy było zbędne, jedzenie marnowało czas, trzeba było tylko rozwiązać zagadkę. Dawno mnie tak książka nie podekscytowała, żeby zorganizować cały mój czas wokół czytania.

I kurcze tego mi było trzeba.

19:49, m_kropka_m
Link Komentarze (2) »
środa, 05 października 2011
wielka wojna z szerszeniami

Z szerszeniami okazuje się sprawa nie jest prosta. Otóż straż pożarna gotowa była nas od nich uratować, pod pewnymi warunkami jednak. Należy zabezpieczyć się w kwestii środków szerszeniobójczych. W pierwszym podejściu poszliśmy na ilość i zakupiliśmy środek w wielkiej butli, największej jaka była. W końcu szerszeń zwierzę duże, na logikę środek do walki też powinien być duży. W czasie konsultacji telefonicznych jednak pan strażak zawyrokował że posiadana butla jest nieskuteczna i należy kupić mniejszą, acz dużo bardziej morderczą. Taka nie była łatwa do kupienia, ale kiedy w końcu się to udało, mój prywatny mąż umówił  ze strażakami termin masowego mordu. Termin oczywiście został skonsultowany z sąsiadem, tym od drogi, bo w końcu strych na którym znajdować się miało domniemane gniazdo stanowi własność sąsiada, a strych trzeba było udostępnić.

Kiedy już cała logistyka została załatwiona, pozostało tylko czekać. I w końcu straż przyjechała, wielkim czerwonym wozem, jakżeby inaczej - na sygnale. Rekonesans strychu wykazał straszliwą prawdę: otóż gniazda na strychu nie ma, skubane szerszenie wybudowały swą twierdzę jak się można spodziewać gdzieś w przestrzeniach tajemnych między strychem a piętrem. Strażacy jednak chłopy dzielne i szerszenie to dla nich nie pierwszyzna, podjęli decyzję coby potraktować latające potwory z miejsca w którym wlatują w czeluści bliżej nieokreślonego w przestrzeni gniazda. Przytargali więc z wozu czerwonego drabinę wielką, co było o tyle zabawnie że robili to w strojach szerszeniobójczych, wyglądając przy tym jak zapaśnicy sumo, z wielkimi napisami straż na plecach. Rozstawianie drabiny też proste nie było, bowiem oparcie jej o rynny mogło zaskutkować mogło zawaleniem się dachu, takie wszystko jest w domu z duszą wiekowe. Po jakichś 15 minutach wykorzystując biegłą znajomość praw fizyki i mechaniki dzielni strażacy rozstawili drabinę bez nadwyrężania starganej czasem rynny. No i nadszedł wreszcie czas na ostateczną rozgrywkę, w związku z czym my wszyscy obserwatorzy zostaliśmy przegonieni z ogrodu do domu. Oczywiście, jak to zwykle bywa kiedy sąsiedzi wpadają do domu, mielismy w nim skrajny bałagan i kiedy syn sąsiadów uganiał się w wesołej (tylko dla niego) zabawie za naszą prywatna kotką miedzy hałdami ubrań, reszta starała się obserwować jak rozwija się sytuacja. Nic nie było widać, więc skończyło się jednym wielkim obgadywaniem sąsiadów, których nawet nie znam i tak to trwało, dopóki nie zawołał nas pan strażak i nie objawił co następuje: szerszenie są nie do ruszenia bez rozbierania dachu. Zadekowały się gdzieś nie wiadomo gdzie, zostały opsikane z odległości, ale to pewnie nic nie da.

I rzeczywiście nic nie dało, latały potwory trochę ogłupiałe do wieczora, dnia następnego sytuacja wróciła do stanu poprzedzającego wizytę strażaków. Dachu rozbierać nie będziemy, i tak nie długo sam się rozpadnie, więc żyć będziemy z szerszeniami póki nie zginą w tragedii budowlanej albo ich nie wymrozi. Ale rozrywka była pierwsza klasa.

12:30, m_kropka_m
Link Komentarze (1) »
niedziela, 02 października 2011

Zamajaczyło mi dziś późnym rankiem, czy raczej wczesnym popołudniem, mgliste wspomnienie o blogu. Tak, coś takiego posiadam w nieskończoności internetu i tak, w nieskończoności zajęć ostatniego miesiąca kompletnie o tym czymś zapomniałam. Ale wszystko się kiedyś kończy, skończył się okropny wrzesień i teraz powoli wychodzę z tej traumy i odkrywam ze zdziwieniem i brakiem poradności kompletnym, że istnieje jakieś życie poza pracą.

Na to życie poza pracą póki co nie składają się żadne szaleństwa czy przełomy, wręcz przeciwnie - sama proza życia na krańcu galaktyki. Czyli gniazdo wielkich szerszeni na strychu, zaopatrzenie się w węgiel na nadchodzącą zimę, robienie zakupów i gaworzenie z panią w budce z warzywami, gotowanie obiadu i takie tam. I najdziwniejsze jest to, że wybitnie mnie to wszystko (poza szerszeniami, których boję się na granicy panki) cieszy.

13:49, m_kropka_m
Link Komentarze (1) »
niedziela, 28 sierpnia 2011
głeboczenie się

W mojej rodzinie popularna jest anegdota z wczesnego dzieciństwa pani m.,kiedy to jako dziecko m. wlazłam po kostki do lokalnej rzeki i zaczęłam wrzeszczeć żeby wszyscy na mnie patrzyli bo się głęboczę. Żadne sentymentalne rodzinne spotkanie się bez tej wzruszającej historii nie obejdzie.

Piszę o tym, ponieważ wczoraj państwo b. zabrało mnie końcem lata nad wodę, właśnie się głęboczyć, bo rzeka ta sama i chyba nawet miejsce dość bliskie tamtemu sprzed lat. Ale na tej podstawowej geografii podobieństwa się kończą, głęboczenie się i nadrzeczny wypoczynek to już kompletnie inna sprawa niż lata temu.

Różnica jeden: usprzętowienie. Już w samochodzie zorientowałam się, że mój ręczniczek to coś za słabo jak na taką wyprawę. Otóż należy mieć ze sobą: karimaty, foteliki, najlepiej z trzymadełkiem na piwo tudzież inne napoje,parasole plażowe, najlepiej kolorem pasujące do fotelika i karimat oraz mini lodówkę. Zawstydziłam się okrutnie, pani b. jednak dobrze mnie zna, i wyposażenie zabrała podwójne, z góry wiedząc, że ja się nie wyposażę. Na miejscu okazało się, że to i tak mało. Można bowiem ze sobą przywieźć stoliczek, całe mnóstwo sprzętu pływającego, mimo że rzeka w najgłębszym miejscu sięga pół uda, kilka par butów (obuwie na piasek, obuwie na trawę, obuwię na śliskie kamienie w rzece). Jeżeli grupa wiekowa wycieczki jest odpowiednia, jest jeszcze całe mnóstwo zabawek.

Różnica dwa: samochody. Wynika bezpośrednio z punktu powyżej, tak załadowani sprzętem ludzie starają się podjechać jak najbliżej wody. Tradycyjne stanowiska postojowe są rzadko kiedy stosowane, większość buractwa pakuje się autami prosto na plażę (może to za duże słowo) ,co powoduje dziwaczny krajobraz: na przemian stoją samochody i stanowiska do relaksu nad wodą. W związku z tym połowę czasu plażowania gapiłam się na poloneza z przyczepka, z której podstarzały hipis wciąż wyjmował jakieś niezrozumiałe dla mnie akcesoria.

Różnica trzy: grill. Mniej więcej co drugi plażujący plażując równolegle grilluje. Kiełbasy wszelakie smażą się zaraz obok smażących się na słońcu dam. Grille obsługiwane są oczywiście przez półnagich, tropikalnie opalonych i dywanowo zarośniętych panów. Cały brzeg wypełniony jest zapachami mięcha, ketchupów i musztard, niczym miernej jakości jadłodajnia. I ludzie w upale ponad 30 stopni wszystkie te rarytasy pakują w siebie, często stojąc po kolana w wodzie.

Różnica cztery: kostiumy kąpielowe. A raczej ich brak. Okazuje się, że moda na wypasione żurnalowe bikini na podmiejskie rzeczne kąpieliska nie dotarła, panuje tu moda na nie używanie kostiumów w ogóle,w końcu po co, kiedy mamy bieliznę. Panie taplają się w majtasach lub stringach oraz koronkowych biustonoszach. Te zawstydzone swoją tuszą, w ogóle się nie rozbierają i pakują do wody w legginsach,geterkach lub innych niewodoodpornych obcisłościach, oraz bawełnianych podkoszulkach.

Są tez rzeczy które się nie zmieniły:dzieciaki dalej rzucają do wody wszystkim co popadnie, dorośli zostawiają po sobie kupę śmieci, a ja mimo podjętych środków bezpieczeństwa przypaliłamsobie nogi i dziś cierpię.

Ale i tak wybawiłam się świetnie, wymoczyłam członki poddając je naturalnemu masażowi rzecznego prądu, doładowałam szczęściem płynącym wprost ze słońca i takie tam plażowe radości na zakończenie lata.

15:15, m_kropka_m
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Temat dziś jest wstydliwy i w ogóle miałam o nim nie pisać, ale trudno. Słucham sobie całe mnóstwo historii z cyklu „ona go chce on jej nie”, „ona mu powiedziała to a on jej na to że woli tamtą, „ten ma dwie na raz i nie wie co chce”, „tamten niby kocha ale w sumie to nie wiadomo bo nic nie mówi”. Czuję się trochę jak w liceum, powinnam napisać w gimnazjum, ale nie chodziłam, to nie wiem. W każdym razie nudzę się jak mops, żeby nie powiedzieć że jestem na granicy pewnego rozdrażnienia i zniesmaczenia, dochodząc do wniosku, że nie ma nic gorszego niż prawie rozwódka koło trzydziestki i całe popaprane około rozwodowe życie. Życie to niestety – chyba na zasadzie odreagowania - składa się z całego mnóstwa takich właśnie historii, w moich czasach określało się to mianem Beverly Hills 90210, teraz to chyba będzie jakaś Hannah Montana.

Ale to tylko tytułem wstępu, miało być bowiem o doskonałej recepcie na taki stan rzeczy, i to właśnie o tej, o której myślałam że nie napiszę, bo to jednak sprawa jest intymna, niesmaczna i ogólnie tabu społeczne. W każdym razie dla wszystkich tych, którzy mają problem z utrzymaniem na wodzy popędów, dla którzy nie musieliby ale nikt ich nie zauważa, dla tych co chcą ale się boją, dla tych co nie chcą a chcieliby chcieć mam jedną radę: doróbcie się hemoroidów. Działają one bowiem jak jakiś anty seksualny, anty damsko-męski straszak, anty-afrodyzjak. Człowiek jak się czegoś takiego dorobi, ostatnie co ma w głowie to flirty, seksy, podrywy, erotyczne gadki szmatki i całe to damsko-męskie fanfaranfa. Jakoś inaczej zaczyna się myśleć o swoim ciele – nie oszukujmy się – w sposób mniej atrakcyjny – i wszystko wietrzeje z głowy  w trymiga.

 



15:45, m_kropka_m
Link Dodaj komentarz »
piątek, 19 sierpnia 2011

Zrobiło się ciemno, szaro-buro, groźnie i srogo a potem się rozlało. I bardzo cholera jasna dobrze. Mam dziś tak wisielczy humor, że ten deszcz czy raczej ulewa, świetnie mi koresponduje. Ja wiem, że ogólnie jestem marudna, że ciągle mi coś nie pasuje, coś jest źle, coś innego do dupy, a coś jeszcze innego to dno kompletne.

Ale dziś to jest coś więcej niż moje standardowe marudzenie. Dziś jest jakiś armagedon smutku. Dziś jest dzień smutnych piosenek śpiewanych smutnymi głosami przez smutne panie. Dziś jest dzień miliona małych prywatnych końców świata. Jakbym była artystycznie uzdolniona w jakimkolwiek kierunku to albo napisałabym paskudnie depresyjny wiersz o niczym, namalowałabym niepokojąco czarno-czerwony bohomaz ociekający boleściami, skomponowałabym piskliwy utwór muzyczny tak pełny dramatyzmu że aż nie do wytrzymania, albo skorzystała z innej formy artystycznej ekspresji żeby stworzyć coś.

Ponieważ jednak nie mam żadnych talentów, naoglądam się głupich seriali i w poczuciu beznadziei i kompletnego braku poczucia własnej wartości po prostu pójdę spać.

16:40, m_kropka_m
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 11 sierpnia 2011
w łańcuszku

"Szanowni Państwo!

 Za pośrednictwem (…) otrzymaliśmy prośbę chłopca Harolda Sarida – cierpiącego na nieuleczalną chorobę nowotworową, którego marzeniem jest wpisanie do Księgi Rekordów Guinessa. W tym celu musi on nawiązać kontakt z jak największą liczbą instytucji i Urzędów. Pragnąc pomóc mu w realizacji tego marzenia apelujemy do Państwa o przekazanie tego listu, oraz załączonych pism do 20 instytucji celem kontynuacji.”

 Takie oto pismo (oraz 20 o identycznej treści – dokładnie zgodnie z instrukcją) trafiło na moje biurko dziś celem ustosunkowania się. Sekretarka bała się korespondencję wyrzucić, szefowi nie wypada wyrzucać niczego, więc trafiło do mnie. Żyjemy w dramatycznie głupim kraju. Daty na załączonych pismach sięgają dwóch lat wstecz, ale najbardziej przerażające jest to, jakie są nazwy instytucji, które to między sobą przesyłają: prokuratury, policja, urzędy miejskie, starostowie powiatów wszelakich, zakłady weterynaryjne, lasy państwowe urzędy stanu cywilnego i – o zgrozo – szkoły. Normalnie urzędowy łańcuszek szczęścia:  „napisz do chłopca bo zemrze”, czyli jakby się na tym zastanowić – łańcuszek nieszczęścia. Pokusiłam się o pewną próbę logicznego podejścia do sprawy, ale okazało się to z góry skazane na porażkę, bowiem nie rozumiem jak przesyłanie kopii pisma po różnych ważnych i zajętych sprawami publicznymi instytucjach przybliża nieszczęsnego Harolda do spełnienia jego marzenia. Co prawda na dole pojawia się niemiecki adres „do wiadomości”, to i tak nie zmienia to faktu, że żaden to kontakt. Biedny chorutki Harold nawet nie dostaje życzeń powrotu do zdrowia, głupiego „trzymaj się chłopie”, „jesteśmy z Tobą”, co za kompletny brak empatii.

 Sprawa tego kalibru nie trafiła do mnie na biurko po raz pierwszy. List identycznej treści już jakieś trzy lata temu, tyle ze chłopiec inaczej się wtedy nazywał i pochodził z innego kraju. Bardzo dużo chłopców chorych na nieuleczalną chorobę nowotworową pragnie otrzymywać pisma od polskich urzędników.

 A wystarczy jeden rzut oka w Wikipedię i tajemnica Harolda i jego kolegów rozwiązana. Głupota w dwudziestu kopiach.



12:55, m_kropka_m
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 09 sierpnia 2011
pani m. i dorosłość

Po ostatniej aferze omdleniowo-bałaganowej dorobiłam się obsesji porządku. Dostaję choroby jak talerzyczek albo łyżeczka leży w zlewie. Mówią do mnie: umyj mnie i schowaj do szufladki, nie pasuję tu, więc tak chodzę po całym domu i pilnuję żeby wszystko leżało tam gdzie przynależne. Naczynia w schowkach, jedzenie w lodówce, śmieci w śmieciach. Mogą teraz do mnie przychodzić w pełni niezapowiedziane inspekcje wszelakie, a ja mogę mdleć we wszystkich okolicznościach (no byle nie bezpośrednio na podłogę, bo jej jeszcze nie wyszorowałam). Więc odwiedzajcie kraniec galaktyki lśniący czystością jak nigdy!

Z innych rzeczy mam melancholię życiową, zostałam na tym wypucowanym krańcu galaktyki sama, mój prywatny mąż wybrał się w dwudniową nieobecność , więc sobie przebywam w towarzystwie melancholii, rozpieszczam ją i karmię. Nie jest to mój ulubiony stan, zrobiłam się rozlazła i cierpiętnicza, mam żale, smuteczki, trwogi, złości i inne bliżej niezidentyfikowane rozterki oraz boleści. Dobrze że ciągle angażuję się w sprzątanie, bo jeszcze nie zwariowałam.

Dodatkowo po raz pierwszy w życiu ekscytuję się frankiem i całą tą makroekonomiczną machiną, która wydaje mi się kompletnie wymyślona i nie istniejąca nigdzie indziej poza paskiem biegającym u dołu telewizyjnego ekranu, cały ten pasek czerwony i ponoć  jeżeli jeszcze mi to nie pustoszy konta to spustoszy niedługo. Ogólnie muszę wykazać się dorosłą ostrożnością  finansową. Nie wiem tylko na czym ma to polegać.

Czyli wykazywać się muszę dorosłością organizacyjną, emocjonalną oraz finansową. Okropieństwo.



16:43, m_kropka_m
Link Komentarze (1) »
wtorek, 02 sierpnia 2011

Dorobiłam się dziś omdlenia. Takiego normalnie omdlenia z przytupem. Zaczęło się wszystko od tego, że od rana mieliśmy remoncik, sąsiedzi podrasowali drogę. Popołudniu zatem ciotka-sąsiadka wpadła coby o drodze porozmawiać. Sama sytuacja stresująca, bo w domu panuje no nie da się tego inaczej określić jak tylko syf. Niewiarygodny, potężny syf nad syfami. Ciotka - sąsiadka zatem coby stresu mojego nie potęgować pod pozorem oglądania drogi dyskretnie tak wszystko zorganizowała, że stałyśmy w drzwiach jedynie rozmawiając przyjaźnie. Coś się jednak porobiło, chyba mnie słonko nagrzało, że nagle szast prast padłam jak kłoda. To znaczy sumarycznie nie padłam ostatecznie bo zostałam odratowana, przez całą rodzinę. Usadowiono mnie, zmierzono ciśnienie i cukier, ciśnienie mam dziwne, ale nie niepokojąco dziwne tylko zwyczajnie dziwne, cukier książkowy, więc zawyrokowano - jakby już sama sytuacja była mało obciachowa - że to zespół napięcia przedmiesiączkowego.

I wszystko byłoby dobrze, zdarza się, gdyby nie ten dramatyczny syf. Jakby na to popatrzeć tak obiektywnie, to dom wygląda jak melina. Akcja sprzątanie z weekendu została odwołana, przez to że została również odwołana akcja gotowanie, po domu walają się opakowania po zamawianych pizzach i tym podobnych, jakieś puszki po piwie w ilości zdecydowanie nadmiernej. Ponieważ szafy nie mamy, więc ubrania zasadniczo walają się po domu zawsze, a najbardziej ironiczne w tym wszystkim jest to, że w niedzielę dokonałam jakichś zakupów celem upiększenia domu, tylko zamiast dom upiększyć po prostu wszystkie je rozpakowałam, rozwaliłam gdzie się dało i zostawiłam wszystkie kartony, opakowania tak po prostu zamiast wyrzucić. Gnój i apokalipsa.

Kiedyś słyszałam takie zdanie, że nigdy nie można chodzić w dziurawych majtkach, bo nie wiadomo czy nie będzie się miało wypadku, i będzie wstyd jak karetka przyjedzie. Dziś wprowadzam nową zasadę: zawsze sprzątaj, bo nigdy nie wiadomo kiedy zemdlejesz.

18:40, m_kropka_m
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 20